Kapitan Fidanza rozmyślał. Obecność obcych ludzi na wyspie odcięłaby mu całkowicie dostęp do skarbu. Już przedtem bywało to niebezpieczne i trudne. Był wystraszony i zły. Rozmyślał ze stanowczością władcy i przebiegłością zalęknionego niewolnika. Po czym poszedł na wybrzeże.
Był człowiekiem pomysłowym i rzutkim. Wybieg, który znalazł w krytycznej chwili, okazał się dość skuteczny, by radykalnie zmienić sytuację. Niezrównany Nostromo posiadał dar wysnuwania bezpieczeństwa nawet z niebezpieczeństw. Gdyby się osadziło Giorgia na Wielkiej Izabeli, nie byłoby potrzeby się ukrywać. Mógłby bywać tam jawnie, za dnia, odwiedzać jego córki, jedną z jego córek, i pozostawać do późna, gawędząc ze starym Garibaldinem. Następnie po ciemku... Noc po nocy... Odważyłby się wówczas bogacić szybciej. Pragnął pochwycić, pochłonąć, objąć w niezaprzeczalne posiadanie ten skarb, który gnębił jego duszę, jego czyny, nawet jego sen.
Poszedł odwiedzić swego przyjaciela, kapitana Mitchella, i sprawę udało się załatwić, jak doktor Monygham opowiadał później pani Gould. Gdy o projekcie napomknięto Garibaldinowi, coś jakby przebłysk rozwagi, jakby nikła zjawa zapomnianego od dawna uśmiechu przemknęła pod białymi, ogromnymi wąsiskami starego wroga królów i ministrów. Córki były dla niego przedmiotem pieczołowitej troski. Zwłaszcza starsza, Linda, która miała głos matki, przejęła poniekąd jej rolę. Jej głębokie, wibrujące pytanie: „Eh, padre?” zdawało się, ze zmianą tylko jednego słowa, echem wzburzonego, upominającego „Eh, Giorgio?” biednej signory Teresy. Nabrał głębokiego przeświadczenia, iż miasto nie jest odpowiednim miejscem pobytu dla jego córek. Zadurzony, lecz prostoduszny Ramirez był dla niego odrażający, gdyż posiadał wszystkie wady tego kraju, którego ludność składała się ze ślepych, nikczemnych esclavos.
Powróciwszy ze swej następnej podróży, kapitan Fidanza zastał już Violów w chacie przeznaczonej dla latarnika. Nie zawiodła go znajomość dziwactw Giorgia. Garibaldino nie zgodził się, żeby mu dodano kogoś innego do pomocy prócz jego córek. Zaś kapitan Mitchell, chcąc przypodobać się swemu biednemu Nostromowi, z tą trafnością natchnienia, która bywa darem tylko szczerego przywiązania, mianował formalnie Lindę Viola pomocnicą latarnika na Wielkiej Izabeli.
— Latarnia jest własnością prywatną — tłumaczył. — Należy do naszego przedsiębiorstwa. Mam prawo mianować, kogo mi się podoba, więc wybrałem Violę. To bodaj jedyna rzecz, o którą Nostromo, człowiek wart tyle złota, ile sam waży, mnie kiedykolwiek prosił.
Kiedy tylko jego szkuner stanął na kotwicy naprzeciw nowego Urzędu Celnego, który swym płaskim dachem i kolumnadą naśladuje grecką świątynię, kapitan Fidanza wypłynął łódką z portu, kierując się ku Wielkiej Izabeli. Uczynił to jawnie, w świetle kończącego się dnia, przed oczyma ludzkimi, doznając wrażenia, iż udało się mu poskromić Przeznaczenie. Teraz musi sobie zapewnić stabilną pozycję. Poprosi Giorgia o rękę córki. Wiosłując, myślał o Gizeli. Linda może go kocha, ale starzec będzie zadowolony, gdy pozostanie mu starsza córka, która ma głos jego żony.
Nie popłynął na wąski brzeg, gdzie wylądował z Decoudem, gdzie później przybił, gdy po raz pierwszy odwiedzał skarb. Dobił do plaży na drugim końcu i poszedł pod górę łagodnym zboczem wyspy mającej kształt klina. Giorgio Viola, którego dojrzał z daleka, siedzącego na ławie pod ścianą chaty, podniósł rękę w odpowiedzi na jego głośne pozdrowienie. Wyszedł na wzgórze. Nie pojawiła się żadna z dziewcząt.
— Dobrze tu — rzekł starzec z właściwą sobie, surową zadumą.
Nostromo skinął głową, po czym po krótkim milczeniu odezwał się:
— Czy widzieliście, jak mój szkuner przepływał tędy przed niespełna dwiema godzinami? A czy wiecie, dlaczego tu jestem, zanim moja kotwica zdołała się mocniej wgryźć w dno portu?