— Witam cię jak syna — oświadczył starzec spokojnie, patrząc na morze.
— Ach, wasz syn! Wiem. Jestem tym, czym byłby wasz syn. No, dobrze, viejo. To bardzo miłe powitanie. Posłuchajcie, przyszedłem prosić o...
Nagły lęk ogarnął nieustraszonego i nieskazitelnego Nostroma. Nie śmiał wymówić imienia, które miał na myśli. Krótka przerwa dodała tylko uroczystej wagi zmienionemu zakończeniu zaczętego zdania.
— O żonę!... — Serce biło mu mocno. — Czas już, abyście...
Garibaldino zatrzymał go podniesieniem ręki.
— Pozostawiłem to do twojego uznania.
Podniósł się z wolna. Broda, nieprzystrzygana od śmierci Teresy, gęsta i śnieżnobiała, zakrywała jego potężną pierś. Odwrócił głowę w stronę drzwi i zawołał mocnym głosem:
— Linda.
Odpowiedź zabrzmiała z wnętrza chaty przenikliwie i słabo. Przerażony Nostromo powstał również, ale nie odezwał się, patrząc na drzwi. Bał się. Nie lękał się odmowy dziewczyny, którą kochał, żadna odmowa nie mogła stanąć między nim a upragnioną kobietą, lecz oto zamajaczyło przed nim lśniące widmo skarbu, domagając się jego milczącej uległości żądaniem, któremu niepodobna było się sprzeciwiać. Drżał, gdyż jak owi gringos na Azuerze, nie czuł się żywy ani martwy, należał ciałem i duszą do nieprawości swego zuchwalstwa. Obawiał się, żeby mu nie zabroniono bywać na wyspie. Bał się i nie wymówił ani słowa.
Widząc tcyh dwóch mężczyzn stojących obok siebie i czekających na nią, Linda zatrzymała się w drzwiach. Nic nie mogło zmienić śmiertelnej bladości jej twarzy, ale jej oczy zdawały się chłonąć i skupiać cały blask zachodzącego słońca w ognistych iskrach, które migotały w czarnych głębinach, po chwili przysłonięte opuszczeniem ciężkich powiek.