— Oto twój małżonek, pan i dobrodziej! — Głos starego Violi rozbrzmiewał z taką siłą, iż zdawał się wypełniać przestwór zatoki.

Postąpiła przed siebie z oczyma niemal zamkniętymi niby lunatyk, który błądzi w cudownym śnie.

Nostromo uczynił nadludzki wysiłek.

— Czas już, Lindo, żebyśmy się zaręczyli — rzekł stanowczo swym równym, niedbałym, nieugiętym głosem.

Wsunęła dłoń w jego wyciągniętą rękę, pochylając swą ciemnowłosą głowę o brązowych błyskach, na której spoczęła przez chwilę ręka jej ojca.

— Stanie się zatem zadość duszy nieboszczki.

Słowa te wyrzekł Giorgio Viola, który zaczął mówić o swej zmarłej żonie. Młodzi siedzieli obok siebie, nie podnosząc oczu. Gdy starzec skończył, Linda, nie ruszając się, zaczęła mówić:

— Odkąd tylko uczułam, że żyję na świecie, żyłam tylko dla ciebie, Gian’ Battista. A ty o tym wiedziałeś! Wiedziałeś... Battistino.

Wymawiała jego imię zupełnie tak samo jak jej matka. Mrok grobu przysłonił serce Nostroma.

— Tak. Wiedziałem — odezwał się.