Bohaterski Garibaldino siedział na ławie, pochyliwszy sędziwą głowę. Jego stara dusza przebywała samotnie wśród wspomnień czułych i namiętnych, smutnych i straszliwych. Był sam w świecie pełnym ludzi.
Zaś Linda, jego najukochańsza córka, mówiła:
— Byłam twoja, odkąd tylko pamiętam. Myślałam tylko o tobie, gdyż ziemia bez ciebie stawała się pustkowiem dla mych oczu. Gdy byłeś obok, nie widziałam nikogo innego. Byłam twoja. Nic się nie zmieniło. Świat należy do ciebie, a ty pozwalasz mi w nim żyć.
Jeszcze bardziej obniżyła swój niski, drżący głos i znalazła jeszcze inne rzeczy do powiedzenia, co było udręką dla siedzącego obok niej mężczyzny. Jej szept stawał się wartki i żarliwy. Zdawała się nie widzieć swej siostry, która wyszła z robótką w ręku i przeszła przed nimi milcząca, wdzięczna, świeża, by z przelotnym zerknięciem i nikłym uśmieszkiem usiąść opodal, po drugiej stronie Nostroma.
Wieczór był cichy. Słońce obniżyło się niemal do skraju purpurowego oceanu. Biała wieża, siniejąca na tle obłoków wypełniających wnętrze zatoki, piastowała czerwono jarzącą się latarnię niby głownię zapaloną przez ognie niebieskie. Gizela, ospała i skromna, podnosiła od czasu do czasu swą robótkę do twarzy, by ukryć nerwowe ziewanie, podobne do poziewania młodej pantery.
Wtem Linda podbiegła do siostry i uchwyciwszy jej głowę w dłonie, zaczęła okrywać jej twarz pocałunkami. W mózgu Nostroma zawirowało. Gdy ją wreszcie puściła, jakby odurzoną tymi namiętnymi pieszczotami, niewolnik skarbu poczuł, że mógłby zastrzelić tę kobietę.
Stary Giorgio podniósł swą lwią głowę.
— Dokąd idziesz, Lindo?
— Na górę, do latarni, padre mio.
— Si, si, do swego obowiązku.