Podniósł się również z miejsca, spoglądając za swą starszą córką, po czym rzekł głosem, którego pogodny ton zdawał się być echem wesołości zatraconej w mroku wieku:

— Pójdę ugotować coś na wieczerzę. Aha, synu! Stary człowiek wie jeszcze, gdzie znaleźć butelkę wina.

Zwrócił się do Gizeli z wyrazem surowej czułości.

— A ty, mała, nie módl się do Boga księży i niewolników, ale do Boga sierot, uciśnionych, biednych i niewiniątek, żebyś dostała takiego męża jak ten.

Położył na chwilę swą ciężką dłoń na ramieniu Nostroma, po czym wyszedł. Pozbawiony nadziei niewolnik srebra z San Tomé poczuł przy tych słowach, że jadowite szpony zazdrości wbijają mu się głęboko w serce. Był przerażony nowością tego uczucia, jego siłą, fizyczną dotkliwością. Mąż! Jej mąż! A jednak było rzeczą naturalną, iż Gizela wcześniej lub później będzie miała męża. Nigdy przedtem sobie tego nie uświadamiał. Kiedy sobie uprzytomnił, że jej uroda może należeć do kogoś innego, uczuł, iż mógłby zabić również i tę córkę starego Giorgia. Odezwał się chmurnie:

— Mówią, że kochasz Ramireza.

Potrząsnęła głową, nie patrząc na niego. Miedziane błyski migotały tu i ówdzie w gęstwinie jej złotych włosów. Jej gładkie czoło miało czysty, miękki połysk drogocennej perły w tym przepychu zachodzącego słońca, który wśród majestatu ciszy zlewał się z mżeniem przestworów gwiezdnych, z purpurą morza i szkarłatem obłoków.

— Nie — rzekła powoli. — Nigdy go nie kochałam. Myślę, że nigdy... To może on mnie kocha.

Pokusa jej miękkiego głosu zastygła w powietrzu, a jej podniesione oczy zapatrzyły się w próżnię, jakby bezmyślne i obojętne.

— Czy Ramirez mówił ci, że cię kocha? — spytał Nostromo, opanowując się.