— Ach, raz, pewnego wieczora...
— Łajdak... Ha!
Zerwał się na równe nogi jak ugryziony przez osę i stał przed nią gniewny.
— Misericordia Divina! I ty także, Gian’ Battista? Biednaż ja! — żaliła się prostodusznie. — Powiedziałam Lindzie i zrzędziła na mnie, zrzędziła. Czy mam żyć na tym świecie jak ślepa, głucha i niema? Wygadała się ze wszystkim przed ojcem, a on zdjął strzelbę i zaczął ją czyścić. Biedny Ramirez! Potem przyszedłeś ty, i tobie też powiedziała.
Patrzył na nią. Utkwił oczy w dołku jej białej szyi, która miała nieodparty urok rzeczy młodych, delikatnych i tętniących życiem. Czy była tym samym dzieckiem, które znał tak dobrze? Czy to możliwe? Zaświtało mu w głowie, iż w ostatnich latach widywał ją mało, prawie wcale. Wcale. Przyszła na świat jak coś nieznanego. Naszła go niepostrzeżenie. Była niebezpieczeństwem. Strasznym niebezpieczeństwem. Instynktowny poryw dzikiej stanowczości, która nie zawodziła go nigdy wobec niebezpieczeństw życia, zespolił swą krzepką siłę z ognistością jego namiętności. Zaś ona głosem, który przypominał mu śpiew płynącej wody i dźwięk srebrnego dzwonka, mówiła dalej:
— To wy we troje ustaliliście i oddaliście mnie w tę niewolę niebu i morzu. Nic innego, tylko niebo i morze! Och, Sanctissima Madre!272 Posiwieję na tej nudnej wyspie. Mogłabym cię znienawidzić, Gian’ Battista!
Zaśmiał się głośno. Jej głos spowijał go jak pieszczota. Uskarżała się na swój los, roztaczając bezwiednie urok swej osoby, jak kwiat, który tchnie swą wonią w chłodzie wieczoru. Czyż to było jej winą, że nikt nigdy nie zachwycał się Lindą? Nawet kiedy jeszcze były małe i chodziły z matką na mszę, nikt nie zwracał uwagi na Lindę, która nie bała się niczego, a wszyscy woleli patrzeć na nią, chociaż była zawsze zalękniona. Może to dlatego, że miała włosy jak złoto.
Wybuchnął:
— Twoje włosy są jak złoto, twoje oczy jak fiołki, a twoje usta jak róże. Twoje okrągłe ramiona, twoja biała szyja...
Nie zmieniając swej niedbałej pozy, zarumieniła się mocno aż po same włosy. Nie była zarozumiała. Miała nie więcej świadomości swego uroku niż kwiat. Ale było jej miło. Może nawet kwiat lubi, kiedy go chwalą. Spojrzał w dół i dodał porywczo: