— Twoje drobne nóżki.
Oparta plecami o chropowate kamienie ściany, zdawała się wygrzewać leniwie w cieple własnego rumieńca. Spod spuszczonych powiek spojrzała na swe małe nóżki.
— A więc chcesz się w końcu ożenić z Lindą! Jest okropna. Teraz lepiej zrozumie, odkąd powiedziałeś jej, że ją kochasz. Nie będzie tak sroga.
— Chica!273 — odparł Nostromo. — Nic jej nie powiedziałem.
— To pośpiesz się. Przyjdź jutro. Przyjdź i powiedz jej, żeby się uspokoiła i przestała na mnie zrzędzić, a może... kto wie...
— Będzie ci wolno gruchać ze swoim Ramirezem, co? Czy nie tak? Ty...
— Na miłość boską! Jakiś ty złośnik, Giovanni! — rzekła nieporuszona. — Ramirez... Ramirez... Kto to jest? — powtarzała sennie w półmroku okrytej chmurami zatoki. Od zachodu jarzyła się nisko czerwona smuga, niby zawora z rozpalonego żelaza zamykająca dostęp do posępnego jak jaskinia świata, w którym wspaniały capataz de cargadores ukrył swą zdobycz miłości i bogactwa.
— Posłuchaj no, Gizelo — rzekł miarowym głosem. — Nie powiem twojej siostrze, że ją kocham. Chcesz wiedzieć, dlaczego?
— Niestety! Może nie będę mogła zrozumieć, Giovanni. Ojciec powiada, że nie jesteś jak inni ludzie, że dotychczas nikt właściwie cię nie rozumiał, że bogacze jeszcze się zadziwią... O, święci pańscy! Jaka ja zmęczona!
Podniosła robótkę, by zasłonić dolną część twarzy, po czym opuściła ją na kolana. Latarnia od strony lądu była zacieniona, ale na ukos od ciemnej wieży widzieli długi snop światła zapalonego przez Lindę, które sięgało dogasającego na widnokręgu żaru purpury i czerwieni.