Gizela Viola, z głową opartą o mur chaty, z przymkniętymi oczyma, ze skrzyżowanymi, drobnymi nóżkami w białych pończoszkach i czarnych pantofelkach, zdawała się poddawać z fatalistycznym spokojem nadciągającemu zmierzchowi. Urok jej ciała, obiecująca tajemniczość jej biernej sylwetki roztaczały się wśród mroku Zatoki Placido, rozpraszając się w cieniach i przepajając powietrze jak świeża i upajająca woń. Nostromo wdychał jej przemożny czar burzliwie wezbraną piersią. Opuszczając port, zdjął z siebie pospolite ubranie kapitana Fidanzy, żeby nie przeszkadzało mu w wiosłowaniu, i stał przed nią teraz w kraciastej koszuli i czerwonym pasie, jak niegdyś zwykł ukazywać się na nabrzeżu portowym: śródziemnomorski marynarz, szukający szczęścia w Costaguanie. Zmierzch purpury i czerwieni spowijał również i jego, mocno, miękko, głęboko, zaledwie o pięćdziesiąt jardów od miejsca, gdzie gęstniał wieczór po wieczorze dokoła samobójczo zapamiętałej, bezwzględnej niewiary don Martina Decoud, pałając zwidem samotnej śmierci.
— Musisz mnie wysłuchać — zaczął w końcu, całkowicie opanowany. — Nie powiem ani słowa miłości twojej siostrze, z którą od dzisiejszego wieczora jestem zaręczony, ponieważ kocham tylko ciebie. Tylko ciebie!...
Mimo mroku dostrzegł słodki, rozkoszny uśmiech, który instynktownie pojawił się na jej ustach, stworzonych do miłości i pocałunków, i zaraz zastygł w pociągłych, twardych liniach przerażenia. Nie mógł pohamować się dłużej. Kiedy przybliżył się do niej, cofnęła się, ale jej ramiona wybiegły do niego, uległe i królewskie w swej godności tęsknego oddania. Ujął jej głowę w dłonie i pospiesznymi pocałunkami okrywał odwróconą twarz, majaczącą w purpurowym zmierzchu. Władczy i czuły, ogarniał ją z wolna w pełne swe posiadanie. Zauważył, że ona płacze. Wtedy niezrównany capataz, człowiek lekkomyślnych miłostek, stał się łagodny i pieszczotliwy jak kobieta, która ucisza rozpłakane dziecko. Przemawiał do niej czule, po czym usiadł przy niej i przytulił jej jasną głowę do swej piersi. Nazywał ją swą gwiazdką, swym kwiatem.
Zapadła ciemność. Z izby domostwa, gdzie Giorgio, jeden z „nieśmiertelnego tysiąca”, pochylał swą lwią, bohaterską głowę nad węglowym piecem, dolatywał odgłos skwierczenia i aromat artystycznej frytury274.
W mętnym chaosie zdarzenia, które spadło na nich jak kataklizm, tylko w jej kobiecej główce pozostała iskra rozsądku. On zapomniał o świecie, trzymając ją w objęciach. Ale ona zaczęła mu szeptać do ucha:
— Boże miłosierny! Co się stanie ze mną, tu, teraz, między tym niebem i tą wodą, których nienawidzę? Linda, Linda, widzę ją!... — Próbowała uwolnić się z jego ramion, których uścisk nagle zelżał na dźwięk tego imienia. Ale nikt nie zbliżał się do ich ciemnych postaci, splecionych i walczących na białym tle ściany. — Linda! Biedna Linda! Drżę! Umrę ze strachu przed moją biedną siostrą, Lindą, która zaręczyła się z Giovannim, moim kochankiem! Tyś musiał być niespełna zmysłów, Giovanni! Nie rozumiem cię! Nie jesteś jak inni ludzie. Nie oddam cię nikomu, nigdy, chyba samemu Bogu. Ale po co uczyniłeś tę ślepą, szaloną, okrutną, straszliwą rzecz?
Wyzwoliwszy się z jego objęć, zwiesiła głowę i opuściła ręce. Robótka, jakby uniesiona przez mocny wiatr, leżała daleko od nich, majacząc bielą na czarnej ziemi.
— Bo bałem się, że cię utracę.
— Wiedziałeś przecież, że posiadasz moją duszę! Wiesz wszystko! Moja dusza była stworzona dla ciebie. Cóż więc może stanąć między tobą a mną? Co? Powiedz! — powtarzała bez zniecierpliwienia, z przedziwną pewnością.
— Twoja nieboszczka matka — odparł bardzo cicho.