— Ach... Biedna matka! Chciała zawsze... Jest teraz świętą w niebie, ale ja nie mogę jej ciebie odstąpić. Nie, Giovanni! Chyba Bogu samemu. Byłeś szalony, ale stało się. Och, coś ty uczynił? Giovanni, mój najmilszy, moje życie, mój panie, nie pozostawiaj mnie tu, w tej mogile z obłoków. Nie możesz mnie teraz pozostawić! Musisz mnie zabrać, od razu, natychmiast, wywieźć swą łódkę. Giovanni, zabierz mnie jeszcze dziś wieczorem, bo lękam się oczu Lindy.
Przytuliła się mocno do niego. Niewolnik srebra z San Tomé poczuł jakby brzemię kajdan na swych członkach i ucisk zimnej dłoni na swych wargach. Zaczął zmagać się z tym zaklęciem.
— Nie mogę — powiedział. — Jeszcze nie. Jest coś, co stoi między nami dwojgiem a wolnym światem.
Przytuliła się do niego mocniej, z naiwnym, subtelnym instynktem uwodzicielki.
— Majaczysz, Giovanni, mój najmilszy — szeptała zachęcająco. — Cóż to takiego może być? Zabierz mnie, na swych rękach, do doñii Emilii, zabierz stąd! Nie jestem bardzo ciężka.
Zdawało się, jak gdyby oczekiwała, że uniesie ją w swych ramionach. Postradała poczucie niemożliwości. Tej cudownej nocy wszystko mogło się zdarzyć. Gdy się nie poruszył, krzyknęła niemal głośno:
— Mówię ci, że się boję Lindy. — Ale on stał dalej bez ruchu. Uspokoiła się przebiegle. — Cóż to takiego może być? — spytała pieszczotliwie.
Czuł ją żywą, ciepłą, oddychającą, zwieszoną w objęciu swych ramion. W rozradowanym poczuciu swej siły i w triumfującym podnieceniu umysłu wyruszał po swą wolność.
— Skarb — odrzekł. — Było cicho. Nie zrozumiała. — Skarb. Skarb srebra, za który kupię złotą koronę na twe czoło.
— Skarb? — powtórzyła słabym głosem, jak gdyby dobytym z głębin snu. — Co ty mówisz?