Odsunęła się od niego łagodnie. Powstał z ławy i spojrzał na nią, szukając oczyma jej twarzy, jej włosów, jej ust, dołeczków na jej policzkach, widząc czar jej postaci w ciemności zatoki jak w blasku południa. Jej niedbały, urzekający głos drżał z podniecenia zalęknionego podziwu i nieposkromionej ciekawości.
— Srebrny skarb! — wyjąkała. Po czym ciągnęła już prędzej: — Powiedz! Gdzie? Jak go zdobyłeś, Giovanni?
Zmagał się z niewolącym go zaklęciem. Zadał mu bohaterski cios, gdy wybuchnął:
— Jak złodziej!
Doznał wrażenia, iż najgęstszy mrok Zatoki Placido wali się mu na głowę. Już nie widział Gizeli. Znikła w długim, mrocznym, otchłannym milczeniu, z którego po pewnym czasie doleciał go jej głos, a wraz z nim słabo zamajaczyła jej twarz.
— Kocham cię! Kocham cię!
Te słowa przywróciły mu zapomniane poczucie swobody, rzuciły na niego urok silniejszy od przeklętego uroku skarbu; jego znużoną zależność od tej martwej rzeczy zamieniły w radosne przeświadczenie o swej potędze. Będzie ją kochał, mówił, i otoczy przepychem równym przepychowi, w jakim żyje doña Emilia. Bogacze żyją z bogactw ukradzionych ludowi, ale on nie zabrał bogaczom niczego, niczego, co by nie było dla nich już i tak stracone skutkiem ich szaleństwa, ich oszukaństwa. Gdyż zdradzono go, zapewniał, oszukano, sponiewierano. Uwierzyła mu... Zagarnął ten skarb, żeby się zemścić, ale teraz nie dba już o zemstę. Dba tylko o nią. Chciałby, żeby jej uroda zajaśniała w pałacu na wzgórzu uwieńczonym drzewami oliwnymi, w białym pałacu nad błękitnym morzem. Ukryje ją tam jak klejnot w szkatule. Zakupi dla niej posiadłość, podścieli pod jej drobne stopy ziemię bogatą w winnice i zboża. Ucałował jej stopki... Zapłacił już za to wszystko duszą pewnej kobiety i życiem pewnego mężczyzny... Capataz de cargadores doznał największego upojenia swym poczuciem szczodrobliwości. Wspaniałomyślnie rzucił zagarnięty skarb pod jej stopy w tej nieprzeniknionej ciemności zatoki, ciemności urągającej, jak powiadają, wszechwiedzy Boga i chytrości diabła. Ale najpierw, uprzedził ją, niech pozwoli mu się wzbogacić.
Słuchała jak w transie. Jej palce błądziły w jego włosach. Podniósł się z kolan chwiejny, słaby, z uczuciem pustki, jakby postradał swą duszę.
— Spiesz się — rzekła. — Spiesz się, Giovanni, mój kochanku, mój panie, gdyż nie oddam ciebie nikomu, chyba tylko samemu Bogu. A boję się Lindy.
Domyślił się tego po tym, gdy zadrżała, i przysiągł, że uczyni, co tylko będzie w jego mocy. Zaufał odwadze jej miłości. Ona zaś przyrzekła, że wytrwa, bo chce zawsze być kochaną, daleko w białym pałacu nad błękitnym morzem... Potem z lękliwą, nieśmiałą gorliwością szepnęła: