Przeszła przez pokój, nie patrząc na nic, i usiadła od razu przy otwartym oknie. Kiedy Linda, z piersią wezbraną szczęściem, zeszła z wieży, zastała ją przy zapalonej świecy, zapatrzoną w czarną noc, pełną łkających podmuchów wiatru i szmeru odległych ulew, noc, jaka bywa w tej zatoce, zbyt gęsta dla oczu Boga i dla podstępów szatana. Nie odwróciła głowy, gdy skrzypnęły otwierane drzwi.

Było w tym bezruchu coś, co dosięgło Lindę w głębinach jej błogości. Starszej siostrze przyszła do głowy gniewna myśl, że to dziecko marzy o tym nicponiu, Ramirezie. Linda tęskniła za rozmową. Zawołała swym rozkazującym głosem: — Gizelo! — lecz nie otrzymała w odpowiedzi najlżejszego drgnięcia.

Dziewczyna, która miała mieszkać w pałacu i stąpać po własnej ziemi, wprost umierała ze strachu. Za nic w świecie nie odwróciłaby głowy, by spojrzeć w twarz siostrze. Serce biło jej jak szalone. Odrzekła z powściąganym pośpiechem:

— Nie mów do mnie! Modlę się.

Linda, rozczarowana, spokojnie wyszła. Gizela siedziała niedowierzająca, zadumana, trwożna, cierpliwa, jakby czekając na potwierdzenie czegoś niepojętego. Beznadziejna czerń obłoków zdawała się również cząstką jej snu. Czekała.

Nie czekała na próżno. Człowiek, w którym dusza zamarła, gdy wyłaził z rozpadliny obładowany srebrem, dostrzegł blask oświetlonego okna i nie mógł się powstrzymać, by nie skierować kroków z plaży z tamtą stronę.

Na nieprzeniknionym tle ciemności, która pochłonęła wyniosłe góry na wybrzeżu, dostrzegła niewolnika srebra z San Tomé, jakby ukazał się jakąś niesłychaną mocą cudu. Przyjęła jego powrót jako coś zwyczajnego, jak gdyby odtąd przez całą wieczność świat nie mógł skrywać żadnych niespodzianek.

Powstała, zniewolona i niewzruszona, i zaczęła mówić, zanim światło z wnętrza izby zdążyło paść na twarz nadchodzącego mężczyzny:

— Wróciłeś, by mnie zabrać. To dobrze. Otwórz ramiona, Giovanni, mój najmilszy! Idę.

Jego ostrożne kroki umilkły. Z błyszczącymi dziko oczyma rzekł szorstkim głosem: