— Jeszcze nie. Muszę się powoli wzbogacać... — W tonie jego głosu zadrgała groźba. — Pamiętaj, że masz złodzieja za kochanka.

— Wiem, wiem — szepnęła śpiesznie. — Podejdź bliżej! Słuchaj! Nie opuszczaj mnie, Giovanni! Nigdy, nigdy!... Będę cierpliwa!...

Jej postać wychyliła się z niskiego parapetu okna ku niewolnikowi bezprawnie zagarniętego skarbu. Światło w izbie zgasło. W mroku zatoki, obładowany srebrem, wspaniały capataz objął ramionami jej białą szyję, jak tonący chwyta się słomki.

Rozdział XIII

Pewnego dnia, kiedy pani Gould wedle słów doktora Monyghama miała „urządzać tertulię”, kapitan Fidanza zszedł ze swego szkunera stojącego na kotwicy w porcie Sulaco; spokojny, nieugięty, rozważny, wsiadł do łodzi i ujął wiosła. Było później niż zwykle. Miało się już dobrze pod wieczór, kiedy wylądował na plaży Wielkiej Izabeli i mocnym krokiem zaczął wspinać się po pochyłości wyspy.

Z daleka dostrzegł Gizelę, siedzącą na krześle opartym o tylną ścianę domu, pod oknem pokoju dziewcząt. W rękach trzymała swój haft, podnosząc go do oczu. Spokój tej dziewczęcej postaci wzburzył go, kłócąc się z poczuciem nieustannej waśni i walki, które rozpierało mu pierś. Ogarnął go gniew. Wydawało się mu, iż powinna słyszeć z daleka szczęk jego kajdan, jego srebrnych kajdan. Tym bardziej, że tego dnia spotkał na wybrzeżu doktora o złym oku, który uważnie mu się przyglądał.

Podniosła oczy i to go ułagodziło. Ich uśmiech, mający w sobie świeżość kwiatów, przeniknął prosto w jego serce. A potem zmarszczyła brwi. Było to ostrzeżenie, żeby miał się na baczności. Zatrzymał się w pewnej odległości i donośnym, obojętnym głosem zagadnął:

— Dzień dobry, Gizelo. Czy Linda już wstała?

— Tak. Jest z ojcem w dużym pokoju.

Podszedł bliżej i zaglądając przez okno do sypialni z obawy, żeby został zaskoczony, gdyby Linda z jakiegoś powodu wróciła, odezwał się samym tylko poruszeniem ust: