— Kochasz mnie?
— Nad życie. — I kiedy on patrzył w zadumie na jej robótkę, mówiła dalej, niby nie odwracając uwagi od pracy: — Inaczej nie mogłabym żyć. Nie mogłabym. Bo moje życie jest jak śmierć. Och, Giovanni, zginę, jeśli mnie stąd nie zabierzesz.
Uśmiechnął się beztrosko.
— Przyjdę pod okno, gdy się ściemni — powiedział.
— Nie, nie rób tego, Giovanni. Nie dzisiejszego wieczora. Linda i ojciec długo dziś ze sobą rozmawiali.
— O czym?
— O ile dosłyszałam, o Ramirezie. Nie wiem. Boję się. Ja ciągle się boję. To jak konanie po tysiąc razy na dzień. Twoja miłość jest dla mnie tym, czym dla ciebie twój skarb. Istnieje, ale nigdy nie mogę się nią nasycić.
Patrzył na nią bardzo spokojnie. Była piękna. Zawrzało w nim pożądanie. Miał teraz dwoje władców. Ale ona była niezdolna do stałego odczuwania wzruszeń. Była szczera w tym, co mówiła, lecz sypiała spokojnie w nocy. Rozpłomieniała się, ilekroć go widziała, po czym tylko wzmożona milkliwość świadczyła, iż zaszła w niej zmiana. Bała się omamić siebie. Bała się męki, przykrości fizycznych, ostrych słów. Nie chciała się narażać na gniew i mieć do czynienia z przymusem. Bowiem jej dusza była lekka, wiotka i miała pogańską szczerość w swych odruchach. Odezwała się półgłosem:
— Zaniechaj pałacu, Giovanni, i winnicy na wzgórzach, dla których marnujemy naszą miłość.
Zaniemówiła, ujrzawszy Lindę stojącą w milczeniu przy narożniku domu.