W takim stroju, płaszczu na wieczorowej sukni i mnisim kapturze, stanęła ta pełna cierpliwości i współczucia kobieta przy łożu, na którym leżał nieruchomo na wznak wspaniały capataz de cargadores. Biel poduszek i prześcieradeł uwydatniała posępny zarys jego brązowej, energicznej twarzy oraz śniadych, nerwowych rąk, które do niedawna tak dobrze władały sterem, wędzidłem i karabinem, a teraz, otwarte i bezczynne, spoczywały na białej kołdrze.
— Ona jest niewinna — odezwał się capataz niskim, równym głosem, jak gdyby obawiał się, iż donośniejsze słowo może zerwać wątłą więź, która jego duszę łączyła z ciałem. — Ona jest niewinna. To tylko ja... Ale mniejsza o to. Za te rzeczy nie będę za życia odpowiadał przed nikim.
Urwał. Twarz pani Gould, bardzo biała w cieniu kaptura, pochylała się nad nim z wyrazem przemożnego, nieukojonego smutku. Przytłumione łkania Gizeli Viola, klęczącej u nóg łóżka, okrywającej złotymi włosami o połyskach miedzi stopy capataza, niemal nie mąciły ciszy pokoju.
— Ha! Stary Giorgio, stróż twojego honoru! Niebywałe, jak vecchio potrafił podejść mnie tak cicho i wziąć na cel tak pewnie. Ja sam nie potrafiłbym lepiej. Ale można było oszczędzić wydatku na ten ładunek prochu. Honor był bezpieczny... Señora, ona by poszła na kraj świata za złodziejem Nostromem... Wypowiedziałem to słowo. Zaklęcie już mnie nie pęta.
Głuchy szloch dziewczyny zmusił go do spuszczenia oczu.
— Nie widzę jej... Ale mniejsza o to — mówił dalej z odcieniem dawnej, wspaniałej beztroski w głosie. — Wystarczy jeden pocałunek, gdy nie ma czasu na więcej. To beztroska dusza, señora! Jasna i ciepła jak słońce, prędko się chmurzy i prędko wypogadza. Tamtych dwoje by ją między sobą zmiażdżyło. Señora, zwróć na nią swe współczujące wejrzenie, tak słynne w całym kraju, jak z męstwa i odwagi słynie człowiek, który do ciebie mówi. Ona się z czasem pocieszy. A Ramirez nie jest złym chłopakiem. Nie gniewam się na niego. Nie! To nie Ramirez pokonał capataza cargadorów z Sulaco. — Urwał, zdobył się na wysiłek i mocniejszym głosem, nieco nieprzytomnie oświadczył:
— Umieram oszukany, zdradzony przez...
Ale nie powiedział, przez kogo lub przez co umiera zdradzony.
— Ona by mnie nie zdradziła — zaczął znów, otwierając bardzo szeroko oczy. — Była wierna. Mieliśmy pojechać w daleki świat, już wkrótce. Dla niej mogłem oderwać się od tego przeklętego skarbu. Dla tego dziecka byłbym zostawił całe skrzynie, pełne. A Decoud wziął cztery. Cztery sztaby. Po co? Picardia!278 Żeby mnie oszukać? Jak mogłem oddać skarb bez tych czterech sztab? Powiedzieliby, że je sprzeniewierzyłem. Doktor by to powiedział... Trzyma mnie to jeszcze!
Pani Gould pochyliła się nisko, zafascynowana, zlodowaciała z obawy.