— Co stało się z don Martinem owej nocy, Nostromo?
— Kto to wie? Zastanawiałem się tylko nad tym, co się stanie ze mną. Teraz wiem. Śmierć miała najść mnie niespodziewanie. Przepadł! Zdradził mnie. A pani myśli, że ja go zabiłem! Wszyscyście jednacy, wy, jaśnie państwo. To srebro mnie zabiło. Trzymało mnie. Trzyma mnie jeszcze. Nikt nie wie, gdzie ono jest. Ale pani jest żoną don Carlosa, który oddał mi je w ręce i powiedział: „Ratuj je, jakbyś ratował swe życie”. A kiedy powróciłem i wszyscy byli przekonani, że zatonęło, cóż usłyszałem? Że to nic ważnego. Mniejsza o nie. Nuże, wierny Nostromo, wsiadaj na konia i goń, żeby nas ocalić, goń, jakby tu chodziło o twoje życie.
— Nostromo! — szepnęła pani Gould, pochylając się bardzo nisko. — Ja także nienawidziłam tego srebra z głębi duszy.
— To dziwne, żeby ktoś z was nienawidził bogactw, które tak zręcznie umiecie wydzierać z rąk biedaków. Świat opiera się na biedakach, jak powiada stary Giorgio. Pani zawsze była dobra dla biedaków. Ale na bogactwie ciąży jakaś klątwa. Señora, czy mam pani powiedzieć, gdzie jest ten skarb? Tylko pani... Lśniący! Nieskazitelny!
Bolesna, bezwiedna niechęć drgała w jego głosie, w jego oczach, żalących się kobiecie, która posiadała dar współczującej intuicji. Odwróciła spojrzenie od niegodnej uległości konającego człowieka, przerażona, nie chcąc już słyszeć o srebrze.
— Nie, capatazie — rzekła. — Nikt już o nie się nie upomina. Niech przepadnie na zawsze.
Usłyszawszy te słowa, Nostromo zamknął oczy, nie wymówiwszy ani słowa, nie drgnąwszy nawet. Za drzwiami pokoju, w którym leżał, doktor Monygham, podniecony do najwyższego stopnia, z oczyma pałającymi gorliwością, wyszedł na spotkanie obu kobiet.
— No, pani Gould — odezwał się niemal szorstko z nadmiaru niecierpliwości — proszę mi powiedzieć, czy miałem słuszność. W tym jest jakaś tajemnica. Dostała pani wyjaśnienie, prawda? Powiedział pani...
— Nic mi nie powiedział — odparła pani Gould stanowczo.
Błysk odruchowej niechęci do Nostroma zgasł w oczach doktora Monyghama. Odstąpił ulegle. Nie wierzył pani Gould. Ale jej słowo było prawem. Przyjął jej zaprzeczenie jak nierozwikłany fatalizm, utwierdzający przewagę geniuszu Nostroma nad jego geniuszem. Nawet wobec tej kobiety, którą kochał z tajoną tkliwością, został pokonany przez wspaniałego capataza de cargadores, człowieka, który żył własnym życiem, rozbudziwszy w innych przeświadczenie o swej niezłomnej wierności, rzetelności i odwadze.