— Proszę zaraz posłać kogoś po mój powóz — odezwała się pani Gould spod kaptura. Po czym, zwracając się do Gizeli Viola, zawołała: — Chodź bliżej, dziecko, chodź bliżej! Poczekamy tu.

Gizela Viola, zrozpaczona i dziecinna, z twarzyczką przysłoniętą opadającymi włosami, przytuliła się do jej boku. Pani Gould wsunęła rękę pod ramię niegodnej córki starego Violi, nieskazitelnego republikanina, bohatera bez zmazy. Z wolna, stopniowo głowa dziewczyny, która byłaby poszła za złodziejem na skraj świata, jak więdnący kwiat opadła na ramię doñii Emilii, najznakomitszej damy z Sulaco, małżonki señora administradora kopalni San Tomé. Pani Gould, słuchając jej przytłumionego łkania, z rozstroju i podniecenia przeżyła po raz pierwszy i jedyny w swym życiu chwilę goryczy. Gorycz ta była godna samego doktora Monyghama.

— Uspokój się dziecko. Wkrótce zapomniałby o tobie dla swojego skarbu.

— Señora, on mnie kochał. On mnie kochał — szeptała Gizela rozpaczliwie. — Kochał mnie, jak jeszcze nigdy nikogo nie kochano.

— Ja również byłam kochana — rzekła pani Gould surowym tonem.

Gizela uczepiła się jej kurczowo.

— Och, señora, ale pani będzie wielbiona do końca życia.

Pani Gould zachowywała nieprzerwane milczenie, aż zajechał powóz. Pomogła wsiąść na poły nieprzytomnej dziewczynie. Gdy doktor zamknął drzwiczki, wychyliła się jeszcze ku niemu.

— Czy nie może pan nic zrobić? — szepnęła.

— Nie, pani Gould. Nie pozwala się nawet dotknąć. Ale to nie ma znaczenia. Zdążyłem rzucić okiem... Nie ma rady.