Ale obiecał jeszcze tego samego wieczora zajrzeć do starego Violi i drugiej dziewczyny. Mógł zawezwać łódź policyjną, żeby go zawiozła na wyspę. Pozostał na ulicy, spoglądając za powozem, który potoczył się powoli za białymi mułami.
Wieść o jakimś wypadku, o wypadku kapitana Fidanzy, obiegła po nowych ulicach nadbrzeżnych, gdzie stały rzędy latarń i ciemne kształty spiętrzonych żurawi. Garstka nocnych włóczęgów, najnędzniejszej hołoty, wieszała się u drzwi portowego szpitala, szepcąc między sobą w księżycowej poświacie pustej ulicy.
Przy rannym nie było nikogo prócz bladego fotografa. Wątły, ułomny, krwiożerczy wróg kapitalistów siedział na wysokim stołku u wezgłowia, wspierając brodę na rękach. Sprowadził go pewien towarzysz, który pracował późną nocą w porcie i dowiedział się od Murzyna z załogi lanchy, że przywieziono kapitana Fidanzę, śmiertelnie rannego.
— Czy macie jakieś polecenia, towarzyszu? — pytał niespokojnie. — Nie zapominajcie, że do naszej działalności potrzeba pieniędzy. Bogaczy musimy zwalczać ich własną bronią.
Nostromo nie odpowiedział. Towarzysz nie nalegał. Siedział zakłopotany na stołku. Miał kudłatą, rozczochraną głowę, przypominał garbatą małpę. Dopiero po długim milczeniu zaczął znowu uroczyście:
— Towarzyszu Fidanza, odmówiliście pomocy lekarskiej od tego doktora. Czy on rzeczywiście jest niebezpiecznym wrogiem ludu?
W mrocznym pokoju Nostromo odwrócił powoli głowę na poduszce i otworzył oczy, zwracając zagadkowe, badawcze spojrzenie na dziwaczną postać, która usadowiła się obok jego łóżka. Po czym jego głowa potoczyła się w tył, powieki opadły i capataz de cargadores skonał bez słowa ani jęku, po godzinie bezruchu przerywanej krótkimi dreszczami świadczącymi o najokropniejszych cierpieniach.
Doktor Monygham, płynąc barką policyjną ku wyspom, widział przed sobą blask księżyca na toni zatoki oraz wyniosły, czarny kształt Wielkiej Izabeli pod baldachimem obłoków, od którego padał w dal snop światła.
— Wiosłujcie powoli — odezwał się, zaciekawiony, co tam zastanie. Starał się wyobrazić sobie Lindę i jej ojca i poczuł w sobie jakąś dziwną niechęć. — Wiosłujcie powoli — powtórzył.
*