Od chwili, kiedy wystrzelił do złodzieja swego honoru, Giorgio Viola nie ruszył się z miejsca. Stał, oparłszy swą starą strzelbę o ziemię, ściskając ręką lufę przy wylocie. Gdy lancha, która zabrała Nostroma, odbiła od brzegu, Linda podeszła i stanęła przed ojcem. Zdawał się nie być świadomy jej obecności, lecz kiedy postradawszy swój wymuszony spokój, zawołała:
— Czy wiecie, kogoście zabili?
Odpowiedział:
— Włóczęgę Ramireza.
Blada, zapatrzona nieprzytomnie w ojca, Linda zaśmiała mu się w twarz. Po chwili zawtórował słabo niskim głosem, jak dalekie echo jej śmiechu. Gdy przestała się śmiać, starzec przemówił jakby zdziwiony:
— Krzyknął głosem mojego syna Gian’ Battisty.
Strzelba wypadła z jego otwartej dłoni, ale ramię pozostało na chwilę wyciągnięte, jakby wciąż jeszcze na czymś się wspierało. Linda gwałtownie chwyciła go pod ramię:
— Jesteście za starzy, żeby zrozumieć. Chodźcie do domu.
Pozwolił jej się poprowadzić. Na progu potknął się ciężko i omalże nie upadł na ziemię wraz z córką. Jego podniecenie i ruchliwość w ostatnich kilku dniach były jakby błyskiem dogasającej lampy. Uchwycił się poręczy krzesła:
— Krzyknął głosem mojego syna, Gian’ Battisty — powtórzył surowym tonem. — Słyszałem go, tego nędznika Ramireza.