— Trzeba było ochronić dziecko — powiedział dziwnym, posępnym głosem.

Za jego krzesłem Linda załamywała ręce, zanosząc się bezgłośnym łkaniem. Nagle pobiegła do drzwi. Usłyszał jej ruch.

— Dokąd idziesz? — zapytał.

— Na latarnię — odrzekła i odwróciła się, by spojrzeć na niego smutno.

— Aha, na latarnię! Si, obowiązek.

Wyprostowany, białowłosy, podobny do starego lwa, bohaterski w swojej skupionym spokoju, sięgnął do kieszeni czerwonej koszuli po okulary, które mu dała doña Emilia. Po długiej chwili bezruchu otworzył księgę i spojrzał z wysoka, przez szkła, na drobny druk w dwu kolumnach. Zakrzepły, surowy wyraz przemknął po jego rysach, drgnęły nieznacznie brwi, jakby w odpowiedzi na jakąś mroczną myśl czy niemiłe wrażenie. Ale ani na chwilę nie odrywał oczu od księgi, choć pochylał się łagodnie, stopniowo, aż jego biała głowa spoczęła na otwartych kartach. Drewniany zegar tykał miarowo na pobielanej ścianie. Powoli stygł Garibaldino i leżał sam, krzepki, niezmożony, jak stary dąb powalony szarpnięciem wichru.

Światło Wielkiej Izabeli paliło się spokojnie nad przeklętym skarbem z kopalni San Tomé. W błękitnawej poświacie bezgwiezdnej nocy latarnia rzucała snop żółtych promieni aż po daleki widnokrąg. Podobna do czarnej plamki na lśniącym zwierciadle Linda, skulona na zewnętrznej galeryjce, opierała głowę o poręcz. Księżyc chylący się ku zachodniej stronie spoglądał na nią, promienny.

U podnóża urwiska ucichł miarowy plusk wioseł płynącej łodzi i doktor Monygham podźwignął się ze swego miejsca.

— Lindo! — krzyknął, zadzierając głowę. — Lindo!

Linda wyprostowała się. Poznała go po głosie.