Kędyś za borem Szymoty,

poza Kwaczałą, Lipowcem,

chował się słońca krąg złoty;

wieczór już zwolna szarym pokrowcem

osłaniał łąki, łoźniaki, zagony,

jakby kościelne barwne feretrony,

po procesyji znów złożone w kącie...

Za mgłą się kryły babiogórskie szczyty

daleko — na horyzoncie,

głowy w kaptury wełniane odziawszy,