O! niech się pan nie fatyguje... te kilka kroków... zresztą ten szal taki ciepły... kaszle i dobywa chustkę, przyczem wypada fotografja Do widzenia.
Wychodzi.
SCENA VII
Maurycy późn. Dzieńdzierzyński.
MAURYCY
Pani coś zgubiłaś podnosi fotografję i idzie z nią do drzwi Panno Paulino... nagle wstrzymuje się Co widzę! czy mnie wzrok nie myli... to ja! z wzrastającem uniesieniem ja! o Boże!... więc ona mnie kocha!... kocha mnie! kocha!... chodzi wielkiemi krokami nie wierzę mojemu szczęściu... p. c. innym głosem ale naturalnie że kocha... inaczej, czyżby nosiła przy sobie moją fotografję? ja tak samo miałem ją tu, zawsze, na sercu dobywa fotografię Mój aniołek najdroższy! moje szczęście jedyne!... o! teraz tem bardziej muszę doprowadzić do skutku moje zamiary, choćby ze strony ojca były przeszkody... Niech ma dowód niezbity, że nie cofnę się przed niczem, co może mi zapewnić jej posiadanie.. całuje fotografję kilkakrotnie; żartobliwym tonem. A! moja pani, toś ty mnie kochała a tyle mi nadokuczałaś, dla jakiegoś błahego przywidzenia... poczekaj! zemszczę się! z tkliwością zemszczę się poświęcając ci całe moje życie, aniele mój... Ah! jakiż ja jestem szczęśliwy!
Chodzi ogromnemi krokami cisnąc skronie rękami.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
staje we drzwiach patrząc na Maurycego
Dobryś!... wziął to do serca... chodzi za nim Maurycy!... nie słyszy... Maurycy! nie bądź dzieckiem.