rozpycha wieczór skórę tak wieczorem chłodzi

nagle zwinęły się liście paprotne po gajach

zaszumiały pianą

to nic to ta chwila odchodzi

w chmurnej szczelinie inna sprzed tysiącoleci

pyłem drobnym jak petit na szpaltę nadleci

wiatr nurt zgrzebny dymem odurza

gwiezdny jakże piękny jest ognisk purpurowy żużel

za obozem kołysały się wzgórza

grzbietami wielkich wołów