Długo modlili i ofiarę leli.

Stary z szałasu wypuścił psy swoje.

Skoczyły, czując, że pójdą na łowy;

Jeden drugiego z radości porywał,

I, jakby tylko sam chciał iść za panem,

Gryząc go za kark, warczał i wstrzymywał.

Wyszli. Był ranek wiosenny, srébrzysty,

Las milczał jeszcze, czekał słońca wschodu,

Rosa na trawach ciężyła i wonny

Kielich się kwiatów powoli otwierał.