Na wschód się starzec milczący obrócił,

Znajomą sobie skierowawszy drogą.

Witol szedł za nim, całemi piersiami

Łakomie chłodne chwytając powietrze.

Szli puszczą, w któréj śladu ludzkiéj nogi,

Śladu człowieka, ni źwierza nie było.

Ogromne dęby z konary200 gęstemi,

Pokryte gniazdy201 i świętą jemiołą,

Wysoko ponad brzeźniak się wznosiły.

Poniżéj, brzozy schylone, pogięte,