Słuchał psów głosu, za niemi się zrywał,

Zazdrościł wolnych po puszczy przegonów;

Lecz kiedy ojciec, łamiąc się przez chrósty,

Odszedł, a jego samego zostawił,

Uczuł się jakby swobodniejszym jeszcze,

I jak do walki, sparłszy się o drzewo,

Czekał i czekał. A psy gdzieś już w dali

Słabym się głosem raz po raz ozwały.

I cicho znowu; tylko drzewa szumią

I ptacy krzyczą na sosen wierzchołkach.