Rękoma drażnił Witola, i z góry

Świecące, długie zakrzywiał pazury.

Witol łuk porwał, lecz strzał brakowało;

Chwycił za oszczep — ten leżał strzaskany.

I drzewce u nóg złamane leżało.

Nie było nawet czém się widmu bronić.

Straszny Girystys po drzewie się spuszczał,

I coraz głośniéj, coraz śmiał się dziczéj;

A zęby ostrząc, pazurami krzywiąc,

Jak gdyby pastwę226 rozdzierał już swoję227,