Zdziwiony Witol upadł na kolana,

Bo nigdy, w dzikiéj wychowany chacie,

Takiéj kobiéty, takiego uśmiechu

I takiéj twarzy nie widział, nie marzył.

A gdy ją ujrzał, serce mu zabiło,

Nie strachem, jakiémś uczuciem nieznaném.

— Ktoś ty? — zawołał. — Jam ci winien życie!

Zbłąkany w puszczy, piérwszy raz na łowach,

Byłbym tu nędznie bez stosu, mogiły,

Skonał, jak bydlę, pod potwór231 zębami.