To po dolinie niedźwiedź się przesuwał,

I ukrył w puszczy, rycząc przeraźliwie,

Jak gdyby braci na pomoc przyzywał;

To ptacy359 jacyś nieznanemi głosy360

Z wierzchołka dębów żałobnie krakali,

I ponad głową Witola skrzydłami,

Lecąc, powietrze z szumem rozbijali.

Nareście361 słabe w oddali światełko

Mignęło, ludzkie mieszkanie zwiastując;

Mdłe i białawe pod lasem błyskało.