Które z podwórca przez okna wpadały,

Szelestu kroków i trzaskania ognia.

Tak, choć wieczerza zostawiona suto,

Choć nie brak było ni piwa, ni miodu,

Przymusu tylko jéj nie dostawało.

Wszystko bez niego złém się wydawało.

Lecz noc nadbiegła, czas już spocząć było.

Smerda Witola do izby gościnnéj,

Na drugi koniec domu poprowadził.

Tam go już ze skór niedźwiedzich posłanie,