Czasem się srożył i najeżał grzywę,

To znów spokojny trawę gryzł i liście;

Jak pies, co rękę zna, co go karmiła,

i szuka śladu, i tęskni za panem,

Tak on drożyną za nim postępował;

I próżno łąki wabiły zielone,

Próżno do niego dzikie stada rżały —

On nawet ku nim oczu nie obrócił,

Na chwilę nawet pana nie porzucił.

Tak długo w głębią464 puszczy się ciągnęli.