Siodłali konie, Mindows żegnał starca.

— Niech Marti przyjdzie, rzekł, pożegnać pana. —

— Tak rano! Jeszcze śpi dziecię kochane. —

— Zbudzić je, — krzyknął Mindows niecierpliwie.

Posłali. — Wkrótce weszła piękna Marti,

Jeszcze współsenna i rumieńcem nocy,

Jak rosą kwiaty, pokryła. Nieśmiała

Do nóg się pańskich żegnając schylała.

Mindows płomienném pożerał ją okiem.

— Pojedziesz ze mną, rzekł, wskazując na nią,