Znowu rwał brodę i szaty rozdziérał,

I zęby zgrzytał — krwawa łza mu ciekła

Z spiekłego, gniewem spalonego oka.

Aż Wojsiełk, dziecię, podchodzi ku niemu,

I raczki białe na szyi zawiesza,

I głaszcząc ojca, szczebioce, pociesza.

A Mindows westchnął i odepchnął dziecię,

W pierś się uderzył, wyleciał w podwórzec.

W podwórcu słudzy kupami stawali,

I cóś po cichu tajemnie szeptali.