I trzéj synowie miecze z rąk puścili,

I oczy smutno w ziemię utopili.

Stali na progu, za odchodzącemi

Długo, zazdrośni walki, spoglądali.

W ciszy szli bracia podwórcem zamkowym;

Straży nie było, we wrotach zapory;

I szli wciąż, idąc, z Mindowsa szydzili.

— Tak pewny siedzi i śpi tak spokojny,

Jak gdyby prawe dziedzictwo po ojcu

Odebrał, jakby nie bał się nikogo.