Latał po Żmudzi, zwołując poddanych.
W komnacie więźnia powoli sciemniało,
Ogień się tylko drżącém światłem palił.
A Witold ujrzał postać jakąś białą,
Co rosła, rosła, od ogniska wstała,
U ognia palce zziębłe rozpostarła,
Milcząc, żylaste ręce rozgrzewała,
Długo w twarz smutną Witolda patrzała,
I tak nareszcie ozwała808 do niego:
— Witoldzie! po co żałość ta, rospacze809?