— O! tego nie! JW. panie.
— Nie chcesz?
— Jak chybię, to wolę w pysk wziąć.
— No, zaraz widać kto ma rozum, pewny jesteś że ci nie dam. Strzelaj.
Budnik położył czapkę na ziemi, wziął strzelbę pańską podaną mu, pokiwał głową i oddał ją nazad.
— To śliczne strzelbisko, ale djabeł jego wie gdzie u niej co jest; ja z tego instrumentu nie potrafię.
— A może ze swojej? tem lepiej.
Wsród nieprzerwanych śmiechów wyrwano Maciejowi z rąk jego strzelbę, powiązaną sznurkami, zardzewiałą od wilgoci, a w niektórych miejscach wyślizganą od noszenia; niepozorną, długą, ciężką jak szyna żelazna, z zamkiem klapiącym jak stare pantofle. Panicze dobrze się z niej przymierzając i celując naśmiali, gdy budnik tymczasem nic nie słysząc i nie widząc, szukał w głębokiej torbie kul, bez których nigdy nie chodził, i nie patrząc na nikogo, zabierał się do nabijania.
— Place! place! Komedją będziemy mieli — zawołał Jaś. — Widzisz cel?
— Nie widzę.