— Widzę je codzień — rzekł Pudens — nie cuda takie, które kapłani nasi na zdumienie ludu przygotowują szalbierstwy, ale dzielniejsze stokroć i bez przygotowania żadnego, jedną wywołane modlitwą... Największym z nich cudem, że ludzie siłą téj wiary nowéj odradzają się czystemi i zwycięzcami świata...
Twarz Pudensa zajaśniała, powstał.
— I to cudem — dodał — że ta wiara, która się zrodziła u stóp wbitego gdzieś daleko narzędzia sromotnego męczeństwa... u krzyża, — któréj narodzin piérwszymi świadkami byli ubodzy rybacy, pastuszkowie, żydzi, dziś błyskawicą rozeszła się już po świecie i liczy tysiące wyznawców.
— Bracie! zdumiewasz mnie! — odezwała się Cellia — jestli to wszystko prawdą?
— Tak! wiara ta szerzy się, otoczeni nią jesteśmy, żyjemy wśród niéj; lud ubogich miasteczek, tłumy stolicy, domowa nasza czeladź już ją przyjęły i nawracają się gromadnie; codzień rośnie liczba jéj zwolenników, powiększa się, i powoli od tych biedaków, z którymi nie dawno mówić nie chcieliśmy, i my uczemy się prawdy...
Wtém gdy tak rozmawiali, dwoje dziewcząt z ogródka przybiegły z dwoma świeżo uwitemi wieńcami z róż i szafranu i wdzięcząc się a śmiejąc przyniosły jeden z nich Pudensowi, drugi staruszce, chcąc wedle obyczaju ówczesnego włożyć je im na głowy, ale Pudens oddał swój Aquili, a Cellia Priscilli.
— Mnie — rzekł starzec — na siwe włosy różanny nie przystoi wianek; lepiéj on do twarzy młodości; matka to pewnie uzna.
Cellia milcząc ucałowała córki i dwie łzy po cichu otarte stoczyły się jéj po twarzy... Aquila, Priscilla w wianuszkach na skroni odbiegły znowu do ogródka, gdzie na ławce pod Hermesem usiadły.
Rozmowa która tak obudziła ciekawość Cellii, toczyła się daléj po cichu, a Pudens wzdrygnął się na wspomnienie Nerona, o którego spytała go siostra.
— Kto wie czy przepowiednie się nie ziszczą, — rzekł powoli — nosi on imiona Claudyusza, może będzie naśladowcą szaleństw jego; krew Domitiusa, płynąca w żyłach Cezara, niewiele nam obiecuje.