Nieznajomi poznali się jak dawni przyjaciele. Senator Rzymski, biédny wygnaniec i Swew niedawno dziki, a dziś chrześcijanin łagodny, ludzie z różnych świata i społeczeństwa krańców, połączeni myślą, jedną, czuli się braćmi.

— Przyszedłem po was — rzekł zbliżając się Pudens — abyście szli za mną — oznajmiono nam o przybyciu waszém; jeżeli siły macie, wstańcie a chodźcie za mną.

— Gotowiśmy — zawołał uradowany Candidus, całując szatę starego, w którym uczuł wyższość łaski Bożéj.

— Nie pytam was nawet czy wyznajecie Chrystusa — dodał Pudens — bo widzę, że synami jego jesteście.

— Obaśmy w Neapolis ochrzczeni zostali przez Piotra, oba na jego tu rozkaz przychodzimy.

— Dobrze więc jest... idźcie za mną... Nie macie tu dłużéj co robić w plugawéj téj Syryjskiéj gospodzie.

— A! panie — rzekł Candidus — jest tu jedna dusza, która wiary pragnie, co nas u progu prawie prośbą o chrzest spotkała, która choć nie zna, przeczuwa Chrystusa — mamyż ją porzucić?

— Któż ona jest? — spytał Pudens zdziwiony.

— Uboga niewolnica, Syryjska ambubaja skalana... ze łzami błagała, abyśmy ją uczynili uczestnicą wiary nowéj, ale Egipcyanin pan jéj, srogi jest i ciągnąc z niéj zyski, nie łacno ją odpuści pewnie. A w téj jaskini skażenia co jéj pomoże wiara, któréj życiem wyznawać nie potrafi.

— Więc czekajcie — rzekł Pudens — a odstąpcie chwilę, bym uczynił com powinien...