— Dobrześ powiedział, lecz po co przyszedłeś?
— Kazano mi.
W czasie téj krótkiéj rozmowy Tyberyusz leżał na łożu, przy którém Helios dostrzegł porozrzucane zwitki pargaminowe i tabliczki woskowane. Były to owe poemata Euforiona, Rhiana, Partheniosa, greckich poetów, które Tyberyusz wysoko cenił i naśladował, starając się im sprostać... Stylet na stoliku świadczył, że Cezar nie dawno jeszcze pisać musiał, lub dzieła ukończone poprawiać.
Uczeń Corvina Messali46, którego młodzieńcem słuchał już starca, późniéj na Rhodos pilny greckich retorów i rozprawiaczy towarzysz, Tyberyusz, wśród nudów choroby i starości, bawił się to czytaniem, to pismami do senatu, układając je, obmyślając słowo ich każde z troskliwością pisarza, który pracuje dla nieśmiertelności. Styl jego wyszukany, nadęty, dziwaczny, nie zawsze nawet był zrozumiałym. Lubił grecką mowę, ale pokątnie jéj tylko używał, w senacie słowa greckiego się strzegąc, aby nie pokazać czém był w istocie — wielbicielem greczyzny i zepsutym retorem. Zmuszony raz użyć wyrazu monopolium, uniewinniał się z tego dowodzeniem, że nie podobno go było niczém łacińskiém zastąpić.
Czasem, w publicznych wystąpieniach, nie dopuszczał do siebie słowa nawet rzec po grecku, aby swéj słabości nie zdradzić, choć sercem był więcéj Grekiem niżeli Rzymianinem.
I w téj chwili, gdy Heliosa przyprowadzono, musiał cóś pisać, gdyż pugilares puścił z ręki, a stylet rzucony na stół pochwycił machinalnie i bawił się nim, poglądając na żyda, dziwując się może w duszy, że go mniéj widział przestraszonym, niż przywykł był piérwszy raz do siebie przystępujących znajdować.
— Pochodzisz z Judei? — rzekł po chwili spodziewając się kłamstwa może.
— Tak jest, Cezarze, Hebrejczyk jestem.
— I trzymasz się swojéj wiary? — z uśmiechem dodał Cezar.
— W niéj się urodziłem.