— Ja? ja? — zaśmiała się cyganka — cóż ty myślisz Tumry?
— Myślę co widzę, i co widzą wszyscy: żeś także przepadła!
Aza nie przestawała śmiać się, poruszając ramionami!
— O! wam się zdaje — odezwała się po chwili nieméj niecierpliwości — że Aza tak miękka, tak dobrowolna, tak posłuszna jak wy wszyscy, którym Mroden-oro nie dał woli ani ducha; że dość na nią skinąć, dość jéj cacko lub łowy (pieniądze) pokazać, by poszła za kimkolwiek! Cóż z tego, że chodzę do dworu. Dwór mię dlatego nie spęta; ja jemu, nie on mnie rozkazuje.
— A pan Adam? — spytał wpatrując się w nią Tumry — przecieżto twój kochanek!
— Tyle co ty! — odparła dziewczyna.
— Co ja? — ożywiając się rzekł cygan — co ja? A jaż kiedy nim byłem?
— I on nim nie był nigdy!
— Dlaczegóż przesiadujesz u niego, na co go bałamucisz!
— Siedzę, bo mi tam dobrze, wygodnie, ciepło, spokojnie, nie głodno! — śmiejąc się poczęła Aza. — I dzień i godzinę jednę ukraść cyganowi od nędzy i biédy swojéj — tyle zysku! i to dobre! Możesz-że i ty myśléć, żeby cyganka jak ja Raklora (dziewczyna) pokochała takie stworzenie jak wasz pan, wymęczone, ledwie żywe, więcéj doktora i lekarstwa niż kochanki potrzebujące. Oj! Tumry, nie znasz mnie jeszcze!