— Kiedyś cię znałem — pocichu odezwał się cygan wzdychając — ale któż za was zaręczy i powié co jutro będzie?
— Jabym ci przecie powiedziała co będzie jutro, co zawsze być musi! — przerwała Aza zastanawiając się.
A byli już daleko, wpośród pola, za wioską, sami jedni; i Tumry tu dopiéro się opatrzył, gdy dla niéj zastanowić się musiał, że nie wiedząc co czyni, zaszedł za dziewczęciem od chaty, opuszczając samą jednę Motrunę! Obejrzał się zdziwiony.
— Cóż ma być jutro? rzekł z przymuszonym uśmiechem — to co i dzisiaj: głód i nędza! Wy pójdziecie wędrować po szerokim pfufie (ziemi), a ja przykuty umrzéć tu muszę.
— Co za mus? — spytała dziewczyna — możesz pójść z nami.
— Ja z wami? — powtórzył Tumry — a żona?
— Z żoną i dzieckiem — kończyła cyganka. — Alboż mało nas tak chodzi? Czegóż to dłużéj czekać będziesz; żeby cię osądzili i powiesili? Z nas jeszcze nikt nie umarł głodną śmiercią, i ty znajdziesz chleba kawałek.
— Ale ona, ona nie zechce!
— Cóż to u was egaszi rządzi, nie dados? — szydząc zawołała Aza — będzieszże słuchał głupiéj żony? Poszła za cygana, niech idzie za cyganem: przecież i jéj tu nie chcą.
— Nie! — po krótkim namyśle odparł Tumry — ja tego nie zrobię!