— Filut dziewczyna — rzekł w duchu zagryzając usta Tomko — trafiła kosa na kamień... Ale ba! nie ona jedna na świecie.

A że to był budniczuk i syn bogatego gospodarza, przywykły do łatwych umizgów i dumny dawném szlachectwem swojém; jakoś się oburzył na sierotę, że go lekceważyć śmiała; świsnął piosenkę, siadł na koń, podjechał pod chatę, chwycił schyliwszy się chustkę, i wcisnąwszy ją za czamarkę, okiem nie rzucił na Marysię i poleciał!

Gdy się to działo, Marysia sobie przędła ze spuszczoną głową, przędła nie patrząc nań, a jednak widziała wszystko: każdy ruch zagniewanego chłopaka, każde jego ku sobie skierowane wejrzenie; i ścisnęło się jéj serce, gdy bez pożegnania, bez dobrego słowa odjechał.

Pies jéj naszczekiwał jeszcze na odjeżdżającego, a ona... ona płakała...

Z tych łez nie umiałaby się była wytłómaczyć przed nikim, przed sobą nawet; ale tak jéj było smutno, tak ciężko po odjeździe Tomka, jak gdyby najdroższe ze swych stworzeń, najmilszy sprzęt straciła. Już się dnia tego nie przędło, nie wiodło, nie śpiewało; i gdy noc przyszła, nie spało.

Ucho jéj mimowolnie szukało w powietrzu dźwięków znajoméj piosenki i tętentu konia; ale głucha cisza panowała na gościńcu...


Tomko pomyślał sobie słowami piosenki:

Ne wełyka sercu tuha,

Ne budesz ty, bude druha...