I poleciał na tany do karczemki, za krasną twarzyczką, za białém liczkiem i czarném okiem, za któremi tęskno mu było przecie! Dużo było dziewcząt pod karczemką, gdzie grała muzyka, złożona ze skrzypka sławnego, szewca, z basetlisty tkacza i bębniarza, który prawdę rzekłszy, był pastuchem przy dworskiém bydle. Leśniczy traktował, przymilał się, wywijał, ściskał, szeptał, poił i nahasał do syta; ale gdy nahulawszy się, powrócił nocą już do swojéj izdebki, zdziwił się, że mu wciąż ładna twarzyczka cyganki stała przed oczyma.
— Co u licha! — zawołał w duchu — toć pewnie ona z nich nie najładniejsza... A nie chce, to się bez niéj obejdę i myśléć o niéj przestanę! Jeszcze się to czupurzy i udaje panienkę dworską: kat ją bierz!
Starato historya serc ludzkich; daj im najdroższe skarby, pełną sypiąc dłonią, odwrócą się od nich obojętnie; odejm tylko ziarnko drobne i podróż się niém trochę, już ci bez niego żyć nie potrafią. Próżno sobie wmawiał Tomko, że dla niego niczém jest Marysia: złość go na nią brała, a co gorzéj, porównywając ją z dziewczętami wiejskimi, widział dowodnie, że od wszystkich była piękniejszą, choć tego przyznać nie chciał.
— Już że piękna to piękna — mówił — ale nieznośnie harda; nie będę się przecie lada cygance kłaniał i w rękę ją całował!
I jak się zaciął Tomko, tak ani tą nawet drogą przejechał, ani się pod chatą pokazał przez tydzień cały.
A co myślicie: tydzień dla młodych, to mało?? Wiek to cały w téj epoce szczęśliwéj życia, która czarodziejską ma władzę z godziny robić lata, a z lat mgnienie oka... Tęskniła i smutna Marysia, złościł się Tomko, i ani się spostrzegł, jak wreszcie jednego ranku siwek sam zaniósł go pod cmentarz.
Marysia przędła na mogile. Chłopak minął ją świszcząc nie spojrzawszy nawet, ale oboje się widzieli choć głowy mieli poodwracane; a pies, który był odwykł od konia i pana, wyleciał aż do furtki naszczekiwać na nich. Mignął Tomko jak zjawisko, i znów go nie ma i nie ma.
Kilka dni tak przeszły, aż wyszpiegował dziewczynę o któréj porze chodziła na cmentarz i nadjechał raniuteńko, kiedy się dopiéro z wiadrami wybierała po wodę.
— A! dzień dobry, krasawico?
— Dzień dobry!