— Cóż to? sami sobie wodę nosicie?

— A któżby mi miał nosić i na co, kiedy sama zdużam?

— E! szkodabo mi twoich białych rączek, Marysiu, bo doprawdy — rzekł zbliżając się — nie chłopskie rączki macie!

— A cóżbym nimi robiła? — śmiejąc się odparła cyganeczka — jużciż ja nie ta pani o któréj gadają, że sobie siedzi założywszy ręce dzień cały; toćbym z nudy umarła!

— Jakato z ciebie będzie gospodyni! — rzekł kusiciel pochlebca, coraz się do niéj przysuwając.

— Czemu mówicie będzie? — odezwała się sierota — alboż już nie jestem? A kto mi w domu gospodarzy, kiedy nie ja sama?

— Słyszałem ja słyszał; ta-to się we wsi wydziwić nie mogą waszéj robocie i ochocie.

— Ale gdybym tak oto stała wpośród drogi, a codzień gawędziła z chłopcami jak dziś z wami; wiém, jakby szło gospodarstwo! Słońce wysoko, czas mi do krynicy...

— To i ja za wami — zawołał Tomko rzucając konia naprędce przywiązanego do kółka — i ja zwami...

Marysia nie śmiała mu nic powiedziéć, wzięła wiadro i posunęła się naprzód, za nią Sierotka, za Sierotką Tomko. Ale ile kroć chciał napędzić ją i zbliżyć się do dziewczęcia, pies stróż czujny stawał, zęby mu pokazywał i niedopuszczał.