— A to uczciwsza dziewczyna niż myślałem!
— To téż kto żyw wszyscy ją we wsi żałują i rozpadają się po niéj; a co się słyszę napłakała biedniaczka, nim poszła! A na odejściu, wyraźnie tak powiedziała Sołodusze, że przekleństwa waszego nie chce mieć na głowie.
— A gdzież się podziała? — spytał Choiński.
— Bóg wié! Jedni gadają że poszła gdzieś służyć do miasteczka: drudzy że ją zabrali i namówili cyganie, co to tu byli i niedawno nocką zemknęli...
— A! szkodać mi jéj niebogi! — westchnął stary — kiedy to takie poczciwe... ha! Ale może to i lepiéj!
— A kiedy mój groch przywozić każecie? — zapytał Marcin. — Ale pan Adam poszedł zafrasowany do żony, i zapytania tego już nie słyszał.
W chwili, gdy przez sień przechodził, Tomko, który stał jak wryty za drzwiami zaczaiwszy się, skoro ojciec izbę za sobą zamknął, wychwycił się na podwórze. Pan Marcin pokiwawszy głową i coś namruczawszy o grochu, zawrócił do domu. Chłopak tymczasem jakby nic nie wiedział co się koło niego działo, pobiegł wprost do stajenki, dopadł siwka, uzdę mu na kark zarzucił, i oklep nań siadłszy, ścisnął go kolanami.
Wrota były otwarte, i nim się w chacie postrzeżono, już Tomko był na drożynie, a wnet i skrył się w lesie.
Matka i ojciec ani się domyślali ucieczki i gadali jeszcze z sobą pocichu, gdy syn na polance wśród dębniaku stanąwszy, rozmyślał tylko co począć z sobą.
— Polecę za nią na kraj świata — mówił w duchu — ale jak ją tu wyszukać? gdzie się ona biedna podziała? kogo tu spytać o nią?