Z tego półsnu natura się tu budzi powolnie, opieszale, leniwie... przejście jest nieznaczne, stopniowane, tak iż się dojrzéć prawie nie daje, aż jednego poranku, po nocy chłodnéj, słońce zjawia się ze skwarem już letnim i przenikającemi jak strzały Apollina promieniami; drzewa stoją w świéżych liściach, niebo się stroi w najjaskrawsze barwy i upały wracają palić tę ziemię, pod któréj nigdy nie ostygającą skorupą wrą strumienie lawy.
Zima zbiegła dla gronka naszych znajomych dosyć jednostajnie i spokojnie. Wyjazd hrabiego Filipa dał wszystkim odetchnąć swobodniéj.
Zaraz po nim, nagle uczyniwszy sobie plan jakiś, uciekła księżna Ahaswera, prawie się nie pożegnawszy z poetą, który, jak się wyrażała otwarcie, nudzić ją zaczął.
— Może to być geniusz — mówiła księżnie Teresie — ale człowiek jest dziwnie męczący nieustanném swém natchnieniem. Poetą jest nawet, gdy mówi o swoim katarze.
Księżna zresztą obiecywała powrócić wkrótce. Po jéj odjeździe dłuższy czas Emil Marya nie pokazywał się prawie; zdawało się iż nagłe osiérocenie obudziło w nim natchnienie nowe, a tak silne, iż z niego powstał poemat. Kazał się go domyślać.
Zmniejszone teraz kółko wiernych zbiérało się na wieczory u pani Lizy. Składali je księżna Teresa, August i Wiktor, wreszcie niekiedy tylko zjawiający się posępny Emil Marya, patetyczniejszy niż był kiedykolwiek.
Początkowa dzikość pana Gorajskiego, pod wpływem zwycięzkim pięknéj gospodyni, znikła zupełnie. Nie potrzeba już było zapraszać go za każdym razem, ciągnąć do towarzystwa, gonić i chwytać. Przychodził sam, posłuszny, towarzyszył pani Lizie po muzeach i galeryach prywatnych, willach, w których były do widzenia dzieła sztuki; odpowiadał na pytania i rozmowy o sztuce nie miały końca. Świadkiem ich bardzo często będący Ferdynand, radby się był także czegoś z nich nauczyć i nabrać smaku do sztuki; brakło mu jednak zupełnie zmysłu artystycznego i ile razy się z czém próbował odezwać, zawsze najstraszniejsze strzelał bąki, a siostra, śmiejąc się, ściskała go i litowała się nad biédnym.
Chociaż pomiędzy nim a Wiktorem wielka była różnica wykształcenia, charakterów, temperamentów, godzili się jednak z sobą dobrze, bo Ferdynand, mimo płochości swéj, był najlepszego serca człowiekiem. Liza zachęcała brata do ściślejszych z nim stosunków, dając mu do zrozumienia, iż wiele na nich zyskać może.
Powoli Ferdynand nawykł i przywiązał się do Wiktora. Byli z sobą na stopie poufałości zupełnéj.
Lecz pomimo to dotąd ani Ferdynand, ani nikt nie otrzymał pozwolenia wejścia do pracowni dyletanta. Napiérającym się mówił, że w niéj niéma nic i wspomnienia nawet o niéj nie dopuszczał.