— Księżna byłaby już w Rzymie — dodał hrabia — wstrzymała ją tylko słabość męża, który jak się okazuje, ma suchoty. Prawdopodobnie więc owdowieje wkrótce, a niéma wątpliwości, iż wyjdzie za mąż. Pytanie tylko zachodzi, na jaką teraz narodowość koléj przyjdzie.
Księżna Teresa przerwała:
— A! nie bądź-że tak złośliwym! Nie masz litości nawet nad przyjaciółmi.
— Niestety, mościa księżno — zawołał Filip — nademną téż ludzie litości nie mają.
— Cóż ci winna Ahaswera? — spytała gospodyni.
— Ależ ja ją uwielbiam! — zawołał Filip.
Nie dano mu mówić dłużéj. Pani Liza miała w ręku jednę z ostatnich prac Grottgera, fotografią jego kartonu, który się zwał Romanzą Beethovena i któremu za podpis służył jéj temat. Z tego powodu księżna przytoczyła, iż Grottger muzyką, któréj dom jego matki był pełen, rozkołysany został do tworzenia tych obrazów, w których tak cudna panuje harmonia. Śpiéw matki i siostry, obu muzykalnych i rozmiłowanych w pieśni, dźwięczał mu w uszach, gdy w Paryżu i w ostatniéj swéj podróży kréślił ręką osłabłą poetyczne postacie, którym taki wdzięk smutny nadawać umiał.
Jak Szopen, przeznaczonym był, aby w kwiecie wieku, w pełni sił, wśród marzeń i tęsknoty do życia, śmierć go porwała.
— Nic smutniejszego nad to dla nas — odezwał się Wiktor — lecz nic dla artysty szczęśliwszego być nie mogło. Umiérać zużytym, wyczerpanym, rozczarowanym i dopić kielich do dna, do mętów, szczęściem się nie może nazywać. Mnóstwo artystów, których początki były najświetniejsze, skończyło, przeżywszy siebie.
— Całe to życie Grottgera, które się w jego dzienniczku odbija — dodała księżna — obudza dlań współczucie i prawie łzy wyciska. Łamał się ciągle z piérwszemi potrzebami życia, wybijać się musiał walką ciężką z tłumu, gdy obok niego mniéj obdarzeni, nieznani...