— Był to prawie i los Moniuszki — rzekł hr. August. — On także aż do ostatniéj chwili nie mógł się dorobić dla rodziny i dla siebie téj drogiéj niezależności, która człowieka wyzwala dopiéro.

— Niedawnoście panowie utrzymywali, jeżeli mnie pamięć nie myli — odezwał się hr. Filip — iż boleść jest dobrą dla geniuszu piastunką.

— Tak, perły się rodzą w muszlach zranionych — rzekł Wiktor.

— Zatém los wiedział, dlaczego ich brał na tortury — odparł Filip.

— Ale niemniéj nad ich grobami można się choć użalić — dokończyła księżna.

Na krótką chwilę rozmowa ustała. Każdy z gości miał przed sobą jakąś kartę; szeptanozcicha, pokazując je sobie. Hrabia Filip zbliżył się także do stolika.

— Jest to dla nas bardzo złym znakiem — rzekł — żeśmy się tak w sztuce pokochali. Miłość dla niéj prowadzi zawsze prawie do upadku i jest jego zwiastunem. Przypomnijcie sobie państwo rozprawę Klaczki. Ja trzymam z nim.

— Ja zaś wolę już wpadek z aureolą u skroni, niż życie po amerykańsku — rzekł hr. August. — Życie to, jak w Stanach Zjednoczonych, całe na dolarze oparte, jest dopiéro podściołem, na którym kiedyś się może prawdziwy żywot wyrobić zdoła. Dziś to tylko gruba robota mularzy, na któréj fundamentach stanie przyszłość rzeźbiona. Jesteśmy jeszcze w epoce niezupełnie wolnéj od przesądów, wyniesionych z innych czasów; zakładamy potęgę narodów na ich materyalnéj sile, po któréj zostanie rdza tylko, gdy istotną wielkością kraju każdego jest wyrobienie się w nim potężnego ducha, którego dzieła pozostaną jako szczebel w dziejach, służąc do dalszego pochodu ku górze.

— Ależ ten wasz duch — rozśmiał się hrabia Filip — bez warunków materyalnych i bez potęgi opiekuńczéj pięści rozwinąć się nie może.

— Panowie, wróćmy do sztuki — przerwała księżna — i nie sprzeczajmy się. Hrabia Filip, po długiéj niebytności, spodziéwam się że nam wrócił mniéj wojowniczo usposobionym.