— Ja? — spytał Filip. — Ależ ja jestem jak baranek łagodny i gotów dla miłości księżny zgodzić się na wszystko.

— Zgódź się więc na to, abyśmy powrócili do sztuki — rzekła księżna Teresa.

— Z największą przyjemnością: do sztuki, do sztukowania, do sztuki mięsa, do czego tylko księżna rozkaże — z udaną wesołością rzekł hrabia Filip. — Tylko czy téż istotnie my mamy własną sztukę? hm?

— Jesteś ateuszem we wszystkiém! — zawołała księżna.

— A może myopem, może nie dowidzę; ale temu nie winienem — odparł Filip. — Cudzym zaś oczom nie wierzę.

— Na to jedna tylko jest odpowiedź — rzekł, śmiejąc się, hr. August — ta, którą dała rzeczpospolita francuzka, kiedy szło o urzędowe uznanie jéj bytu: ślepy, kto nie widzi! Lecz wróćmy istotnie do tego, o czémeśmy wprzódy mówili, do związku z sobą braterskiego wszystkich dzieł sztuki, nie wyjmując i muzyki. Malarstwo u nas odbiło, gdy tylko do życia się poruszyło, wszystkie poezyi natchnienia. Widzimy w niém Maryą Malczewskiego, Wallenroda, Dziady, Farysa. Najmniéj się w niém odzwierciadlają Słowacki i trudny do wcielenia plastycznego Krasiński. Szlacheckie gawędy Pola rodzą malarstwo kontuszowe i rodzajowe, które już wykluwało się z pamiętników Soplicy. W téj chwili na materyałach Szajnochy, Szujskiego i tylu innych dziejopisarzy powstaje Matejko. Jednocześnie te same aspiracye, te same pragnienia i pociągi mają wszystkie sztuki; ale poeci i pisarze przodem idą, torując drogi, za nimi malarze, którzy ich dopełniają, a może na końcu idzie obojgiem rozmarzona muzyka, która jest aureolą kreacyi wieku.

— No, a rzeźba? — zapytał hr. Filip. — zapominasz o niéj?

— Bynajmniéj, byłoby to grzechem, bo mamy bardzo znakomitych rzeźbiarzy — odparł August. — Ale nie ujmując bynajmniéj rzeźbie, w myśli ją łączę z malarstwem. Wielkie są różnice zadań i środków, jakiemi rozporządzają malarstwo i rzeźba, a mimo to oboje są jedném prawie, z tą różnicą, że rzeźba w prostszy i mocniéj skupiony sposób musi powiedziéć to, co malarz łatwiéj i większą liczbą środków rozporządzając wyraża.

— Rzeźba spółczesna — dodał Wiktor — w epoce, która nie znosi symbolów i alegoryj, ma zadanie niesłychanie trudne. Musi zstąpić na ziemię, musi do pewnego stopnia stać się realistyczną, a nie trywialną, jednak taki Apollo belwederski, ubóstwienie młodzieńczéj siły i piękności, poczucia w sobie nieśmiertelności i bóstwa, nie mógłby się już dziś zrodzić. Wenus, uosabiająca siłę żywotną i miłosną natury, nie starczy nam... Poszliśmy daléj myślami i ideę jednę rozłamaliśmy na wiele różnobarwnych promieni.

— Pomimo to — odezwał się długo milczącypoeta — i my mamy dla rzeźby nowéj wdzięczne i wielkie zadania. Możeż być co trudniejszego a piękniejszego zarazem, nad postać Chrystusa, wcielonego Boga, wszechmogącego a cierpiącego dobrowolnie, z wyrazem bólu razem i potęgi? Niedosięgniony to ideał, który zarazem musi być najwyższą pięknością, największą mocą i najcudniejszą pokorą.