Pierwszem dziecięciem Charytona był syn Sachar, podobny do matki jak dwie krople wody, na podziw piękny, zdrów i silny, ale przyniósł z sobą w duszy macierzeński smutek, pragnienie rozrywki i upodobanie w swobodnym spoczynku.
Prędko się wychuchany rozwinął, przemówił żywo i roztropnie, w pięciu leciech wyglądał na ośmioletniego chłopca, ale do roboty go zaprządz nie było podobna i całe dnie do góry brzuchem leżał na słońcu w ogródku, śpiewając zadumany, bawiąc się z harbuzami, lub latając po polach bez celu.
Wybujał taki silny, barczysty i krzepki, jak ów dąbczak w lesie i Dubiną go niektórzy we wsi nazywali, ale z oczów mu patrzało, że gospodarzem nie będzie. Po nim przyszła na świat córka jedna i druga, ale dziwnym trafem, gdy Sachar był piękny, dziewczęta prawie brzydkie i do niego i do matki niepodobne... Jedna z nich Zonia, w piętnastym roku życia wyszła zaraz za mąż, bo potrzeba było w chacie przyjmaka, gdyż Sachar nic robić nie chciał i na niej a jej mężu cała teraz chata stała; druga Marja, później nieco wydana za sąsiada, o płot tylko mieszkała od rodziców... Starsza miała już dwoje malutkich dziatek, które się z chłopcem Marji przed wrotami bawiły, a Sachar ani myślał się żenić i na wiejskie dziewczęta się krzywił. Ciągnęli go do niejednej, namawiali, ale chłopak skrobał się w głowę, ramionami ruszał, a na usilne namowy odpowiadał biorąc za czapkę i uchodząc z domu.
— Zobaczemy! — mówił — zobaczemy... co tam tak pilnego, jest komu chleb jeść!
Prawdę powiedziawszy, pieszczony dzieciak i matki ulubieniec, czuł, że z ożenieniem skończą się dlań młode lata swobody i jak mógł od niego się obraniał.
Jemu coś w głowie świtało, coś się snuło w myślach, jakby nie powinien był zostać przy roli, chacie i tym życiu, zewsząd wszelkiej zamkniętem nadziei. Matka śpiewem, las szumem, łąki wonią, wody szmerem tęsknym wychowały go na marzyciela, jak gdyby nie chłopem był a człowiekiem. Chciało mu się iść gdzieś daleko, a jak ów dąbczak przyrosłym się czuł do Pakułowszczyzny; chciało się wiedzieć coś więcej i dosłyszeć szumu dalekich gromad ludzi, który tu nie dochodził, sił użyć inaczej, począć wedle serca... a wszędzie znajdował zapory i przymus.
Musiał, mimo że go matka broniła jak mogła, czymś przecie się zajmować, i szukał sobie takiej pracy, któraby choć myśl zostawiła swobodną, dalekiej od oczów i ludzi: więc gnał bydło na paszę i konie na noclegi, a tam położywszy się na miedzy, wykręcał fujarki z łoziny, strugał z drzewa kijki oplatane korą i zasłuchiwał się u lasów pieśni.
To go dziki ptak zaciekawił piórami jasnemi, to śpiewem inny, to gniazdem misternem trzeci, to dziki zwierz swojemi tajemniczemi chody, to chmury barwą, która nabierała i gasła bez widocznej przyczyny. Zamiast pracować myślał, dumał i zgadywał, a po Bożym świecie tyle zagadek, że na nich życia nie starczy, gdyby przyszło wszystkie rozwięzywać. W niedziele i święta, gdy się swobodniej gromada i dziewczęta zebrały pod gospodą, Sachar tak samo siadał zgadywać ludzi jak w lesie ptaki i dziwować się im, i cudować. Aż stary Perebendia, który choć ślepy, widział to dobrze i wnuka kochał, zapytał go wreszcie:
— Co ty sobie myślisz?
— Co ja sobie myślę? — odpowiedział młody parobczak — chcecie wiedzieć? ot dziadu, co ja sobie myślę, że świat ślicznie zbudowany i gospodarz rozumny, a człowiekowi przecie na nim bieda i bieda.