— Ehe! i przemówiła za nim i za nami...
— Ale cóż słowo moje znaczyć tu będzie? — westchnęła panna Adelaida — wiecie, że brat mój tu panem, żona jego panią, a ja... ja...
I dwie łezki błysły na jej powiekach...
— A ja tu niczem — dodała. — Grosz jaki dać wam mogę jeśli chcecie... ale opieka moja nic tu nie znaczy...
— E! nie! — przerwał Perebendia — byleście chcieli, wyprosicie Sachara. — I do stóp jej schylił się starowina tak nizko, że mu wstać już było trudno i panna Adelaida musiała mu podać rękę...
Łzy staruszka poruszyły ją i pobiegła do dworu, do brata...
Do wieczora, choć to niby było tajemnicą, cała wioska szeptała o powrocie Sachara, domyślano się różnie co z nim dwór zrobi, ale sama gromada wnosiła, że włóczęgę, który się już nie przydał na nic w polu, należało oddać do wojska.
Właśnie to najgroźniejszem było dla Sachara, który odwykł od posłuszeństwa, długo sam sobie będąc panem i przyzwyczaił się do wygódek i wolał grać na skrzypcach niżeli bronią robić...
Przy wieczerzy przyszedł ekonom z raportem dziennym do dworu i doniósł o powrocie Sachara... Sama pani wotowała naprzód aby go dla przykładu ukarać, ale ta pierwsza mocja upadła za wstawieniem się samego ekonoma, któremu już pół kopy jaj, kurę czarną i ręcznik zaniesiono o mroku. Następnie rozkazano przywołać ojca, a Chariton, czekający na folwarku, zjawił się z pokłonem w progu sali, gdzie los człowieka miał się rozstrzygać...
Sam pan już był zasiadł pod piecem, pani chodziła żywo, panna Adelaida ukryta w kątku, zabierała się być adwokatem nieszczęśliwego, ekonom niby instygator z insigniami władzy przy drzwiach...